Możesz wszystko!

Nowości

Każdy z nas ma w życiu chwile przyjemne i te mniej miłe. Każdy z nas zmaga się z trudnościami jakie przynosi dzień „powszedni”. Czasami te mniejsze i większe przeszkody są dla nas wymówką, żeby rezygnować z naszych marzeń. Bo w końcu to jest trudne, nieosiągalne, nieprawdopodobne, pochłonie straszne pieniądze, a przede wszystkim… nie dam rady tego zrobić. Ta krótka historia powinna być jasną wskazówką: nie ma rzeczy niemożliwych.

Każdy z nas ma w życiu chwile przyjemne i te mniej miłe. Każdy z nas zmaga się z trudnościami jakie przynosi dzień „powszedni”. Czasami te mniejsze i większe przeszkody są dla nas wymówką, żeby rezygnować z naszych marzeń. Bo w końcu to jest trudne, nieosiągalne, nieprawdopodobne, pochłonie straszne pieniądze, a przede wszystkim… nie dam rady tego zrobić. Ta krótka historia powinna być jasną wskazówką: nie ma rzeczy niemożliwych

Wiele miesięcy temu – jeszcze w ubiegłym roku - na mój numer telefonu zadzwoniła miła Pani z jednej z dużych firm eventowych z pytaniem czy mógłbym zabrać na lot osobę niepełnosprawną. Latałem już wielokrotnie z osobami niewidomymi, czy niepełnosprawnymi ruchowo. Zawsze było to dla nich ogromne wydarzenie i ładunek dobrych emocji. Dla mnie lot z osobą, która chłonie każdą chwilę i odczuwa te same emocje co ja jest największą przyjemnością. Jednak w lataniu nie można kierować się wyłącznie emocjami. Dlatego na ile to możliwe wyjaśniłem jakie są warunki takiego lotu. Niestety nie każda osoba może lecieć motolotnią nawet jako pasażer. Moja rozmówczyni uważnie wysłuchała co miałem do powiedzenia, zadała masę dociekliwych pytań, na które również szczegółowo odpowiedziałem. Miła Pani podziękowała i powiedziała, że przekaże wszystkie moje uwagi potencjalnej pasażerce. Jak się potem miało okazać – ta miła Pani była pierwszą i może kluczową osobą, która umożliwiła mojej późniejszej pasażerce zrealizowanie swojego marzenia.

Po tym telefonie minęło wiele tygodni. Szczerze mówiąc już o tej rozmowie zapomniałem gdy pewnego popołudnia odebrałem inny telefon. Kolejna miła Pani powołała się na tę odległą rozmowę i stwierdziła, że to ona jest tą pasażerką, która chce pobujać w obłokach. Jeszcze raz wyjaśniłem jakie są ograniczenia i chciałem się upewnić, że moja pasażerka będzie w stanie dotrzeć na lotnisko – w końcu od Warszawy to około 50km. I tu zupełna konsternacja. Gdzieś miedzy słowami potwierdzającymi, że jak najbardziej tak - pojawiło się słowo „Szczecin”. Zaraz, zaraz. Ale ja latam w Chrcynnie – w okolicach Warszawy. Sądziłem, że to jakaś straszna pomyłka. Przecież nikt ze Szczecina – w dodatku niepełnosprawny ruchowo - nie będzie jechał do Warszawy, żeby polatać motolotnią.

Chwilę później okazało się, że nie jest to żadna pomyłka. Moja pasażerka doskonale wie gdzie leży Warszawa. Po prostu bliżej Szczecina nikt nie zdecydował się na lot z osobą niepełnosprawną. Przez moment pomyślałem nawet, że może poszukam wśród znajomych pilotów kogoś bliżej ale w końcu uznałem, że nie będę przerzucał na kogoś innego odpowiedzialności za ten lot.

Jak się okazało taka wyprawa ze Szczecina nie będzie zbyt łatwa. Konieczne jest dobranie odpowiedniego połączenia kolejowego – najlepiej bez przesiadek. Dodatkowo trzeba „zamówić asystenta”, który pomoże mojej pasażerce w zajęciu miejsca w pociągu. Już w samej Warszawie też trzeba zorganizować osobę, która pomoże opuścić pociąg, a później umożliwi dotarcie na lotnisko. Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że chciałem ten lot zorganizować o bardzo wczesnej porze – ze względu na maksymalnie spokojne powietrze. Żadna termika nie wchodziła w grę. Nie trudno sobie wyobrazić jak wyglądała taka podróż w sytuacji kiedy mieliśmy wystartować o 6.00 rano, a pasażerka wyjeżdżała ze Szczecina.

Kolejne tygodnie to co najmniej kilkanaście telefonów i tyleż emaili. Uzgodnienia terminu i różnych szczegółów. Przekładanie terminu z powodu niepewnej pogody. Podróż mojej pasażerki musiała się rozpocząć co najmniej dzień wcześniej, a wymóg zamówienia dużo wcześniej asysty sprawiał, że termin lotu musieliśmy mieć ustalony jako pewny właściwie dwa dni wcześniej.

Dzień przed wyjazdem Jagody – bo tam ma na imię główna bohaterka artykułu – to liczne SMSy, emaile i potwierdzające rozmowy telefoniczne do późnych godzin. Potem klamka zapadła. Prognoza była dobra ale ostatnie tygodnie pokazywały, że dosyć często pogoda i prognoza nie idą w parze… Przez kolejny dzień analizowałem prognozy dosłownie co 2-3 godziny. Wszystko wyglądało dobrze.

Jagoda była już w Warszawie w przeddzień lotu. Jak się okazało podróż naszymi kolejami nie odbyła się bez niespodzianek. Brak umówionego asystenta, pomylone lokalizacje docelowe, niezwykle „miła” obsługa infolinii itd. Na szczęście kilka przypadkowych osób, które wykazały się empatią umożliwiły dokończenie podróży. Można sobie tylko wyobrazić jakie emocje w tej sytuacji towarzyszyły mojej pasażerce. Nie ukrywam, że ja również coraz bardziej odczuwałem napięcie. I żeby nie było zbyt łatwo - już popołudniu prognozy zaczęły nagle się psuć. Mgła, bardzo niska podstawa chmur, opad. „No jakiś żart!” – pomyślałem. Prognozy się zmieniają ale nie aż tak bardzo. Zacząłem analizować inne źródła. I tu pełna rozpiętość - od potwierdzających warunki, w których nie będziemy mogli polecieć - do podtrzymujących dobrą prognozę. Z ciężkim sercem przekazałem pasażerce aktualny stan prognoz. W odwodzie mieliśmy jeszcze kolejny dzień. Ostatnia analizowana prognoza – już późnym wieczorem – dawała jednak nadzieję. Nie powinno być mgły. Podstawa chmur nisko ale poprzerywana i z czasem powinna się znacznie podnieść. Chyba się uda. Uzgadniamy, że nazajutrz – o 6 rano spotykamy się na lotnisku.

Pobudka o 4 rano. O 5.30 jestem na lotnisku. Chmury ciągną się bardzo nisko. Trudno określić dokładnie ale na pewno zbyt nisko… Przygotowuje motolotnię do lotu. Tankowanie, przegląd, uruchomienie, wygrzanie i start do krótkiego lotu żeby sprawdzić jak nisko są podstawy chmur. Niestety 180 metrów nie daje szansy na lot. Kilka minut po 6 rano dostaję telefon z informacją, że Jagoda wraz z towarzyszącą jej osobą są jeszcze daleko. Informuje, że nie ma problemu, bo i tak będziemy musieli pewnie zaczekać. I rzeczywiście – godzinę później są już na miejscu ale i tak musimy jeszcze zaczekać. Szacuję, że co najmniej godzinę.

Po godzinie warunki się poprawiły. Decyzja – lecimy. Jagoda powoli zajmuje miejsce w motolotni. Zaskakujące jest dla mnie, że właściwie nie wymaga żadnej pomocy. Sama przy pomocy kul podchodzi do wózka i praktycznie bez żadnej pomocy zajmuje miejsce na tylnym fotelu. Trzeba pamiętać, że fotel w motolotni jest nieco inaczej zbudowany niż typowy mebel. Jest usytuowany dosyć wysoko, a z przodu graniczy z oparciem fotela pilota, który wymaga przełożenia dosyć wysoko jednej nogi. Już po chwili mogę zająć się zapinaniem pasów. Poza standardowymi pasami czteropunktowymi dodatkowo zabezpieczam stopy pasażerki. Wprawdzie w sposób naturalny są umocowane w „kieszonkach” wózka ale na wszelki wypadek dodatkowymi pasami stabilizuję nogi. Po chwili zakładamy kask, krótki instruktaż i jesteśmy gotowi.

Uruchamiam silnik, kontrola parametrów i już kołujemy do pasa 28. Jest wcześnie rano – nie ma żadnego ruchu. Mimo tego kolejno raportuję przez radio kołowanie i zajęcie pasa. Jesteśmy gotowi. Pomagam jeszcze zamknąć kask, krótkie pytanie „Gotowa?” i po usłyszeniu potwierdzenia przyciskam przepustnicę. Motolotnia bardzo szybko się rozpędza i już po kilku sekundach odrywamy się od ziemi. Lekkie nabranie prędkości tuż nad ziemią i nieco bardziej delikatnie niż zwykle nabieramy wysokości. Pasażerowie są często bardzo zaskoczeni jak dynamicznie motolotnia się wznosi. Nawet przy bardziej delikatnym wznoszeniu wariometr pokazuje 4-5 m/s. Przy takich parametrach na 200 metrach jesteśmy w niespełna minutę.

Prawie na każdym robi to wrażenie więc nie dziwię się, że po chwili Jagoda instynktownie łapie mnie za ramiona. Utwierdzam pasażerkę przez interkom, że możemy tak lecieć – nie jest to żaden problem. Po chwili czuję, że uchwyt jest już bardzo lekki – czyli wszystko w porządku. Poranna mgła narobiła nam odrobinę zamieszania ale odwdzięczyła się możliwością lotu pomiędzy, a nawet ponad chmurami. Dosyć gęste chmury o niewielkiej grubości, a przy tym obficie poprzedzielane dużymi lukami pozwalały bezpiecznie – z widocznością ziemi – latać pod, nad i pomiędzy nimi. Dodatkowa atrakcja. Nie często zdarzają się takie warunki.

Powyżej pierwszej warstwy chmur – gdzieś na horyzoncie pojawia się nawet słońce. Efektownie to wygląda i zapowiada na późniejszą część dnia lepszą pogodę. Latamy w okolicy lotniska. Co chwila wlatując ponad i pod chmury lub kręcąc się w większych dziurach. Nie ma praktycznie żadnej turbulencji. Powietrze jest na każdej wysokości spokojne.

W pewnym momencie w bardzo dużej luce zauważam maleńką chmurę. Jest dosyć gęsta ale bardzo mała i dokładnie na naszej wysokości. Lekki zwrot i bierzemy kierunek na jej środek. Po kilku sekundach przelatujemy przez nią centralnie. Jedna może dwie sekundy ale na twarzy czuje się nieco większą wilgotność. Schodzimy już wyraźnie poniżej podstawy chmur i powoli podchodzimy do lądowania. Zgłaszam naszą pozycję przez radio i oczywiście nie słyszę żadnej odpowiedzi. Wokół lotniska zupełna pustka. Lekkie wyrównanie i koła dotykają ziemi. Powoli zwalniamy. Jak to często bywa kołowanie po naszym kochanym lotnisku jest najbardziej bujającą częścią naszego lotu.

Jesteśmy już pod hangarem. Silnik wyłączony, wysiadam i pomagam wyswobodzić się Jagodzie z wszystkich pasów i paseczków. Po chwili moja pasażerka z uśmiechem na twarzy pyta czy może mnie uściskać. Zaskoczony ale i zadowolony przystaję na propozycję. O to przecież w tym naszym lataniu chodzi! O te wspaniałe emocje, którymi każdy pilot może się dzielić. Emocje, które smakują jeszcze lepiej w sytuacji kiedy tak dużo kosztują.

Od tego lotu minęło już sporo czasu. Cały czas jednak przychodzi mi on do głowy jako przykład tego, że możemy wszystko. Większość ograniczeń jest jedynie w naszych głowach. Sami się ograniczamy. Kiedy następnym razem będę się zastanawiał czy dam radę, czy może to będzie trudne albo będzie ode mnie wymagało dużego wysiłku – może zbyt dużego – będę sobie przypominał jak do sprawy podeszła Jagoda.


I na koniec kilka słów, które przybliżą Wam bohaterkę tego tekstu.

Jagoda ma dziś 31lat i jest niepełnosprawna ruchowo od urodzenia. Mózgowe porażenie dziecięce obustronne i czterokończynowe przez wielu było odczytywane jako jednoznaczny wyrok. Ciągła ciężka rehabilitacja, siła woli, kilku dobrych i mądrych ludzi oraz wrodzona radość życia zaprowadziła Jagodę z małego krzesełka, na którym nie była w stanie się utrzymać na fotel motolotni, którą leciała 378 metrów nad ziemią z prędkością nawet 120km/h.


A tu możecie obejrzeć fragment naszego lotu.

Ryszard Lewandowski, 2016-09-12 09:30:22

Polub, Udostępnij, Skomentuj ten artykuł na Facebooku